Słowa, słowa …

Siadaj, skurw *** !

No i w końcu mi się wypsnęło! Poleją się gromy i przekleństwa. Ale na potrzeby okazji, uznajmy, że wulgaryzmy to zło, ale czasami konieczne. Szczególnie przy okazji enigmatycznych tytułów przydługich moralizatorskich artykułów. A może z okazji wigilii „making America great again”, czyli nieco spóźnionej amerykańskiej wersji „dobrej zmiany”. No, przynajmniej ten jeden raz Polska porządnie wyprzedziła Stany Zjednoczone!

Fot. Kaj

Ale dajmy szansę jankesom, na pewno szybko nadrobią, zapowiada się ciekawa rywalizacja na niepokorny lunatyzm, absolutnie najwyższych lotów. Tak czy inaczej, podtytuł jest bardzo uniwersalny, pasuje do wielu okazji, a dla zachęty lub usprawiedliwienia śpieszę dodać, że powyższy podtytuł to cytowanie za księdzem jezuitą … .

Zakręciłem wystarczająco. Już wyjaśniam. Więc do rzeczy.

Komu ufasz, kiedy budujesz opinię na temat kogoś? Obojętne czy to Twój przyjaciel, czy koleżanka z pracy czy osoba publiczna? Skąd bierze się Twój światopogląd? Skąd dowiadujesz się, kto ma racje w sporze czy to wśród lokalnych „kłótni o pietruszkę” czy też globalnych spraw wagi historycznej? Kto lub co przekonuje Cię, że Powstanie Warszawskie było bohaterskim czynem godnym podziwu albo też bezsensownym aktem działania, które przyniosło zniszczenie? Albo, kto będzie lepszy na stanowisku Prezydenta Stanów Zjednoczonych? Czy lepszym liderem dla świata jest podstarzały łobuz i król kiczu rodem z koszmaru Marty McFly z „Powrót do przyszłości 2”, a może chłodna i zdecydowana, ale stabilna i broniąca słabszych „Żelazna dama”? Albo czy Tęcza na Placu Zbawiciela w Warszawie była symbolem nadziei i wolności, czy może zepsucia i upadku społecznego?

Hmm, kompletnie oderwane od siebie przykłady, ale takie mi się tym razem udały … .

W każdym razie, każdy z nas ma jakieś zdanie na powyższe tematy i miliony innych. A jakie jest Twoje zdanie? I dlaczego takie? I czy to jest w ogóle istotne? Czy zadajesz sobie w ogóle pytanie dlaczego uważasz to co uważasz? Czy ma znaczenie, co Ty w ogóle uważasz?

Ma znaczenie!

Bo tylko to, co Ty myślisz jest tak naprawdę istotne. Jest subiektywne – prawda, jest stronnicze – prawda, ale jest Twoje, i dlatego najistotniejsze. Od niego zależy jak będzie wyglądał Twój Świat! Na jego podstawie podejmiesz decyzje, które określą Twoje życie i często życie Twojego otoczenia.

Życie ma jedną linie, i nie można się dowiedzieć, „co by było gdyby…?”. To co będziesz dziś Ty uważał, zbuduje Twój Świat jutro i nigdy nie dowiesz się jak Twój Świat by wyglądał dziś gdybyś wczoraj Ty uważał inaczej.

Powstanie Warszawskie się odbyło, zniszczenie się dokonało, król kiczu został królem zachodniego porządku, a tęcza wielokrotnie spłonęła. Linia życia jest jedna i prosta.

Dlatego uważaj już teraz, co uważasz! Na przykład, co uważasz, czytając to, co ja uważam? A czy w ogóle to, co czytasz jest tym, co ja uważam? Uważnie uważaj 🙂 .

Wiele lat temu przeczytałem książeczkę, która w sumie jest dla mnie bardzo istotna do dziś. Jest w niej anegdota wspaniale przypominającą o tym jak ważne jest to, co uważamy i co kreuje nasze opinie i reakcje. Ta książeczka to „Przebudzenie”. To zbiór wykładów księdza Anthony de Mello, hinduskiego jezuity i mistyka. Na marginesie, niezmiernie ciekawa postać. Ksiądz de Mello to pewnego rodzaju arbiter chrześcijaństwa i hinduizmu, zresztą oficjalnie krytykowany przez Kongregacje Nauki i Wiary kościoła katolickiego za zbyt dalekie odchodzenie w stronę doktryn religii wschodu. Tak czy siak przy okazji polecam lekturę, a tymczasem wspomniana anegdotka:

„ … Prawie nigdy nie patrzymy na rzeczywistość. Pewien guru usiłował wyjaśnić jakiemuś audytorium, że ludzie silniej niż na rzeczywistość reagują na słowa. Żyją wręcz słowami, żywią się nimi. Jakiś mężczyzna wstał i zaprotestował:

– Nie zgadzam się z tym, że słowa wywierają na nas aż taki wielki wpływ.

Na co guru odparł:

– Siadaj, sku*wysynie!

Zsiniały ze złości mężczyzna wykrzyknął:

– I to pan nazywa siebie osobą oświecona, guru, mistrzem, powinien pan się wstydzić!

Na co guru odparł:

– Proszę mi wybaczyć, sir. Poniosło mnie. Naprawdę, Proszę o wybaczenie. To nie było zamierzone. Przepraszam.

Mężczyzna w końcu się uspokoił. Wówczas guru powiedział:

– Wystarczyły dwa słowa, aby wywołać w panu burzę i kilka słów, by pana uspokoić. Prawda?

Słowa, słowa, słowa – czyż nie są one prawdziwymi więzieniami, jeśli nie używa się ich we właściwy sposób?

Ogrom ludzkiej energii czy też zasobów finansowych zajmuje się budowaniem tego, co myślisz, bo jest to z tego czy innego powodu opłacalne w sensie finansowym, wpływowym czy jakimkolwiek innym. Ludzie mają dziesiątki motywacji żeby wpływać na opinie innych ludzi. Szczególnie w warunkach demokratycznych, czy warunkach wolnorynkowych gdzie sukces jest wprost proporcjonalny do umiejętności przekonywania innych do swojego punktu widzenia. I to się pięknie udaje. Społeczne łobuziaki „rozkminiły” demokrację i rozpychają się łokciami w naszych głowach. Wszystkie chwyty dozwolone, wszystko ma znaczenie, wszystko działa. Słowo jest kluczem.

W szeroko rozumianej kulturze zachodu, tysiące ekspertów studiuje sztuki wpływania na ludzi. Pełnią oni strategiczne pozycje w firmach, w mediach w polityce. Grupy interesu „biją się” na sztukę manipulacji i wpływania. Wpływanie na Ciebie jest „cool”. Taką kulturę społeczną zaakceptowaliśmy i w ten sposób przysposabiamy się do życia. Ba! (Bardzo lubię tę partykułę, a prawie się jej nie spotyka). Ten sam model stosowany jest od początku świata, no może nie świata, ale powiedzmy początków świadomej cywilizacji.

Weźmy na przykład okres średniowiecza, czyli od upadku Cesarstwa Rzymskiego do czasów Renesansu. Powoli budujący swoje znaczenie w IV i V wieku kościół katolicki wpadł na genialny pomysł. Podczas podboju Cesarstwa w V w. n.e. przez germanów i ich stopniowego przejmowania kontroli nad imperium, ówcześni patriarchowie rozsiani po imperium przez Cesarza Konstantyna, zaoferowali germanom pewien układ. W sumie bardzo rozsądny. Mianowicie, zaproponowali germańskimi wojownikom, że pomogą im administrować i zarządzać podbitymi ziemiami a im pozostawią militarną kontrolę. Ówcześni germanie byli świetnymi wojownikami, natomiast nie za dobrze radzili sobie jeszcze z organizacją życia społecznego, a szczególnie na niedawno podbitych terenach. Ponadto Germanie nie byli zainteresowani plądrowaniem podbitych ziem, chcieli się dosiedlić do rzymskich tubylców, sprowadzić swoje rodziny, więc propozycja kościoła bardzo im odpowiadała i na nią przystali. W ten sposób kościół rzymskokatolicki zbudował swoją pozycję, w której de facto objął kontrolę nad wszystkimi stronami. Biskupi stali się odpowiednikiem lokalnych władz, Papież wykładnią absolutną, dzielni wojownicy zdobyli status rycerzy i szlachty a ludność została odcinana powoli od dostępu do informacji i edukacji. Zapewniając sobie monopol na interpretację Biblii (ówcześnie tylko w języku łacińskim, dostępna dla wykształconych duchownych), kościół wtłaczał do umysłów to, co duchowni uważali za słuszne. A jak pamiętamy, duchowni za słuszne uważali bardzo dużo, szczególnie w sferze moralności, najbardziej delikatnej sfery emocjonalno-poznawczej, w którą wbudowali daniny, odpusty, inkwizycje i agresywną misyjność.

W ten sprytny i elegancki sposób ludzkość kontynentu europejskiego została odcięta od wszelkich osiągnięć i dokonań cywilizacji greckiej i rzymskiej na dziesięć ciemnych i strasznych niesławnych wieków Średniowiecza. Doszło do hekatomby intelektualnej i cywilizacyjnej, zainicjowanej przez kościół, a później się to jakoś potoczyło. Dopiero postęp technologiczny, i wynalezienie druku przez Gutenberga zatrzymały kościelną machinę umysłowej eksterminacji i Marin Luter, korzystając z technologii druku, zdążył rozpowszechnić wystarczającą ilość niemieckich tłumaczeń Biblii, zanim kościół zdołał je stłumić. Niemcom to wystarczyło. Informacje, które mogli przeczytać w przetłumaczonej Biblii, spowodowały, że znowu zaczęli coś uważać, a przede wszystkim, że pozwolili sobie uważać i mieć opinię. Zobaczyli, że Biblia nie nakazuje rozprawiania się z heretykami, że odpusty nie są zależne od woli lokalnego duchownego, i że kobiety, które są lżejsze od 3 serów Gouda nie są czarownicami itd.

Wręcz przeciwnie! Zrozumieli, że Biblia zachęca do uważności. Zachęca do autonomicznego myślenia i autonomicznej wiary i nadziei, do bezpośredniej komunikacji z Bogiem i do niezależnej interpretacji ewangelii. Przez tysiąc lat kościół katolicki poprzez odcinanie od informacji trzymał ludzkość w okrutnym więzieniu moralno-dezinformacyjnym i przyczynił się do globalnego upadku humanizmu i tym samym całej radości z przeżywania życia na korzyść (a raczej niekorzyść) strachu i poczucia winy. Ruch protestancki rozlał się niemal po całej Europie i dał początek czasom nowożytnym, kolejnym epokom rozwoju humanizmu, w którym ludzkość mogła zajrzeć wewnątrz siebie i znowu coś uważać i mieć opinię!

Podobnych mechanizmów, mniej lub bardziej lokalnych, w późniejszej historii jeszcze kilka mieliśmy, czy to religijnych czy też politycznych czy społecznych. Za każdym razem ktoś był przekonany, że ma rację i przekonywał innych, że powinni uważać to samo. Inni nie chcąc lub nie mogąc mieć swojej opinii, uważali to, co uważa ten czy inny lider. W przypadku, gdy intencje liderów były dobre, wtedy dział się postęp. Natomiast, kiedy intencje były złe, wtedy kończyło się to tak jak pamiętamy z historii.

W ostatnich kilku latach, coraz częściej słyszymy „Siadaj, sku*wysynie”. Tym samym, coraz większym i rzadszym dobrem luksusowym stają się świadomość, uważność i własna opinia. Otoczeni informacjami, mediami i osobami publicznymi promującymi ignorancję, brak szacunku i agresję zaczynamy „wżywać się” w ten iluzoryczny, nieprzyjemny klimat niedobrego świata, złych intencji i tajemnych sił sterujących światem. Wpuszczając z otoczenia i przyzwalając sobie na takie emocje i opinie, zaczynają się one personifikować w naszym otoczeniu w postaci konkretnych osób. A te osoby z kolei, zaczynają wpływać i układać już nie tylko nasze opinie, ale naszą rzeczywistość, zaczynają podważać dorobek ludzkości, deprecjonować autorytety, snuć legendy o tajemniczych elitach i układać świat na jedynie słuszny sposób. Wpuszczane przez nas słowa z zewnątrz, zagnieżdżają się w postaci myśli, żeby następnie się zmaterializować. Myśli wydają się nam tylko myślami, ale każda z nich ma swoje realne konsekwencje.

Właśnie, dlatego nasze osobiste opinie i umysłowy kręgosłup są jedynymi strażnikami dobrego, zdrowego i rozsądnego życia. Pozwalają świadomie wyselekcjonować z chaotycznego otoczenia te słowa, które prowadzą do naturalnego postępu od tych, które prowadzą do powtarzających się historycznie humanistycznych zapaści.

Ten przydługi wywód, i może nieco zbyt moralizatorski, napisałem po obejrzeniu przemówienia Meryl Streep na rozdaniu złotych globów. Nie, nie jestem fanem Hollywood, nie tęsknie ze amerykańskim snem itp. Hollywood niejednokrotnie przyczyniało się do promowania megalomanii, imperializmu, … i innych dalekich mi wzorców i recept na dobre życie. Natomiast uważam, że wielu wybitnych ludzi ma dużo dobrych intencji. Wyłuskuję na koniec właśnie te słowa Meryl Streep, bo poprzez energię zawartą w intencji, mają one dużo dobrej siły do budowania własnych opinii. Odpowiedzialność, precyzja i delikatność w dopuszczaniu słów z zewnątrz jest szczególnie istotna w tym ważnym dla świata historycznym punkcie.

„Take your broken heart, make it into art”

Dodaj komentarz